Współczesne flagowce są pełne błędów… a my jesteśmy testerami!

Współczesne flagowce są pełne błędów… a my jesteśmy testerami!

Nowe flagowe smartfony z każdą generacją kosztują więcej i zdecydowanie więcej potrafią. Niestety, coraz częściej są pełne błędów, a to my jesteśmy ich testerami. 

Idę do sklepu, na ladzie kładę nawet 5 tysięcy złotych i odbieram nowego smartfona. Wybieram coś z najwyższej półki, interesują mnie tylko najlepsze urządzenia na rynku, ponieważ nie chcę iść na kompromisy. Wracam do domu i…

Zauważam, że mój smartfon jest pełen błędów!

Jeszcze jakiś czas temu powiedziałbym, że powyższe zdania są kompletnie oderwane od rzeczywistości i to co najmniej z kilku powodów. Pierwszym z nich byłaby cena, ale dziś pomówimy o kolejnym – niezawodności flagowych konstrukcji.

Uważam, że czasem – paradoksalnie – lepiej kupić średniaka lub topowe urządzenie poprzedniej generacji. Wielu z Was może się w tej chwili złapać za głowę, ale ja wolę mieć nieco słabszego smartfona, ale za to w pełni sprawnego. Problemem współczesnych flagowców coraz częściej są błędy, które trapią użytkowników przez kilka pierwszych tygodni. Jest to spowodowane tym, że to właśnie w nich są najnowsze wersje systemów czy też „jeszcze nie do końca sprawdzone” technologie.

Najlepszym przykładem będzie oczywiście Note 7, który został wycofany z rynku, ponieważ wybuchał. Nie będę opisywać całej sprawy od początku, ponieważ zapewne znacie ją tak dobrze jak ja. Zainteresowani niech klikną TU.

Oczywiście urządzenie Samsunga nie był pierwszym takim tworem. Już wcześniejsze telefony miały różne problemy, ale to jest chyba najgłośniejsza afera ostatnich lat, która w teorii powinna sprawić, że producenci będą dużo ostrożniej podchodzić do nowości.

Niestety, producenci nadal traktują nas jak testerów!

Świetnym przykładem niech będzie Galaxy S8, którego ekrany są znakomite… no chyba, że trafi się akurat na wadliwy egzemplarz. Widziałem już kilka (jak nie kilkanaście) urządzeń z różowym wyświetlaczem i cóż, nie wyglądało to zbyt dobrze. Note 8 nie miał aż tak dużych problemów – no i nie stawał w ogniu – ale go również dręczyły jakieś mniejsze błędy.

Nie jest to jednak tylko problem koreańskiej firmy, ponieważ nowości Google’a także nie są idealne. Ba, im do ideałów brakuje BARDZO dużo. No chyba, że brak systemu (wysłano kilka takich do klientów), bardzo szybkie wypalanie się ekranu, niedziałający mikrofon, niereagujący na krawędziach panel, mrugający wyświetlacz, problemy z ładowaniem baterii czy powłoką oleofobową nie są dla Was straszne, wtedy wszystko jest w porządku.

No dobra, ale co z głównym konkurentem? Czy iPhone X jest wolny od wad? Heh… Nie. Sam ekran może cierpieć na kilka problemów, jak pojawianie się zielonego paska, pęcherzyki powietrza przy krawędziach czy brak reakcji przy niskich temperaturach. To nie koniec, ponieważ niektórzy z głośnika słyszą trzaski, a niezawodne Face ID okazuje się miewać problemy.

Do tego można by jeszcze dorzucić stosowanie różnych pamięci w Huawei’ach P10 czy też galaretowany ekran w OnePlusie 5, ale przecież nie ma sensu wyliczyć tak bez końca.

Jak producenci odpowiadają na większość problemów?

Aktualizacja naprawi problem!

Z jednej strony, świetnie że wypuszczenie łatki rozwiąże problem i nie trzeba będzie ani wysyłać sprzętu do serwisu, ani wymienić go na nową sztukę. To bardzo wygodne rozwiązanie. Z drugiej jednak strony, świadczy to dobitnie o tym, że wielkie firmy wypuszczają nowe urządzenia zbyt szybko, ponieważ nie są w stanie przygotować do nich odpowiedniego oprogramowania.

Liczą chyba, że kupią serca klientów „sprzętowo”, a resztę załatwi się potem.

No i nie każdy z problemów można załatwić nową wersją softu. Oczywiście przeważnie można wymienić smartfon na nowy, wolny od wad, ale czy takie powinny być zmartwienia klienta kupującego flagowe urządzenie? Cholera, nie!

Najgorsze jest to, że chyba nie ma co liczyć na znaczącą poprawę w tej kwestii. Producenci sami sobie narzucili takie tempo, że nie chcąc zostać z tyłu, muszą wypuszczać niedoróbki. To cholernie smutne, a cierpią na tym użytkownicy. Tak naprawdę to my jesteśmy odpowiedzialny za ostateczne testy danych urządzeń, a jeśli coś jest nie tak, to producent po prostu rzuci drugą sztukę i wszystko będzie załatwione. Szkoda tylko, że klient musi przez to wszystko przechodzić.

Właśnie dlatego zostaję przy flagowcach z poprzedniej generacji, a nowościami będę się ewentualnie interesować dopiero kilka miesięcy po premierze.

Ja po prostu nie chcę być testerem… i to za moje własne pieniądze!


Zdjęcie: lifehacker.com.au